Odwiedziliśmy dziś kino, żeby zobaczyć hit kina akcji tej jesieni - "Eagle Eye". To, co napiszę poniżej jest czysto subiektywną opinią, co więcej - może zawierać spoilery. Jako, że nie znam się na ambitnym kinie, piszę to z perspktywy zwyczajnego konsumenta, odbiorcy masówki produkowanej przez Hollywood.
Film zaczyna się od przyjemnej, potencjalnie trzymającej w napięciu, sceny militarnej. Lubię takie, lubię widzieć jak Dobrzy Faceci oglądają Złych Facetów na ekranach, zastanawiają się, czy im dojebać już czy za chwilę... Po prostu to lubię, za ten początek film ma plusa.
Potem akcja próbuje się rozkręcić. Pokazane jest codzienne życie bohaterów... ale po co? Dla dalszej fabuły filmu naprawdę nieistotne jest, że szczyl pierwszoplanowy pracuje tam i tam, że ma kiepskie kontakty z ojcem... Że lasia pierwszoplanowa jest rozwiedziona...
Te wątki mogłyby posłużyć stworzeniu wrażenia osamotnienia bohaterów, zagobienia... ale tak się nie dzieje. Przez dalszą część filmu bowiem bohaterowie zbyt zajęci są wyczynianiem akrobacji, rozbijaniem samochodów i wywoływaniem różnych ładnie wyglądających wybuchów, żeby czuć cokolwiek poza spalenizną.
Efekty specjalne w filmie - dobre. Acz z nimi trochę tak jak z pikantnym sosem kebabowym. Dodaje smaku, ale jak go za dużo[1], to łzy wyciska[2].
Teraz będzie, być może, spoiler.
Od wspaniałych "War Games" przez "Bladerunnera", "Matrixa" i "Animatrixa" aż do "Eagle Eye" - widzimy strach przed czasem wkurzoną, czasem otumanioną, a czasem (po prostu) źle zaprogramowaną AI.
Dodatkowo, w tym filmie, mamy wątek walki z terroryzmem (komunizm w swojej brunatnej [zielono-czerwonej postępowo-gejowskiej] formie panoszy się wszędzie poza Chińską Republiką Ludową, więc potrzebny był inny Wróg Numer Jeden - terroryści, korporacje, Kościół, you name it), wątek a'la Big Brother (ten co patrzy i mówi: ty odpadasz; i pierdut rozpędzoną ciężarówką w słup).
Wydaje mi się, że w Ameryce, gdzie strach o swobody obywatelskie sięga zenitu[3] ten temat jest chwytliwy. Pomijając kwestię absurdów w filmie, niesłychanych zbiegów okoliczności, głupot technicznych i takich tam (to można wybaczyć - wszak to film akcji a nie dokument, na Boga!), dość wyraźnie widać czego boi się taki Amerykanin - obecność elektroniki wszędzie, kamery, komórki, mikrofony, skanowanie danych biometrycznych... Myślę, że nie tyle należy się obawiać jakiegoś Jednego Wielkiego Złego AI, które nas zacznie zabijać, co raczej bandy robiących "swoje" dla "naszego własnego dobra", durnych urzędników, którzy nagle poczują, że w swoich rękach mają władzę i wiedzę, jakiej dotąd nie mieli.
[1] - film, w którym trzeba doszukiwać się fabuły spomiędzy kolejnych sekwencji generowanych komputerowo wybuchów - to naprawdę przesada, IMHO. Mimo, że nie jestem fanem Polskich Filmów[4]
[2] - raz zamówiłem kebab przy Politechnice Warszawskiej prosząc o "tyle sosu pikantnego ile się wleje". Kebab zjadłem do jakiejś 1/3, potem niestety nie mogłem powstrzymać łzawienia i bólu gardła i kebab wywaliłem. A smaczny był.
W ten sam sposób film czasem potrafi wycisnąć łzy żalu - wtedy najczęściej przysypiam, by obudzić się akurat na następną sekwencję głośnych efektów spec.
[3] - oni się burzą, że chcą im wprowadzić dokumenty tożsamości - a my z tym żyjemy. Inna sprawa, jak żyjemy...
[4] - wchodzi aktor, patrzy w lewo, patrzy w prawo, patrzy w lewo, zapali papierosa. nic się nie dzieje. nuda.
21 paź 2008
Eagle's Eye (czego boi się Amerykanin?)
Labels:
film,
in Polish,
subjective
Posted by
Kender
at
22:15
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 comments:
Prześlij komentarz