02-11-2008

Cmentarze

Pierwszy listopada, drugi listopada - czas masowego exodusu Polaków z domów i udania się na cmentarze. Kupuje się nieograniczone ilości zniczy, zastawia nimi każdy cal kwadratowy nagrobka, przez 2 dni wygląda to ładnie - a potem groby niszczeją przez kolejne 12 miesięcy, bo przecież nikt na nie i tak nie patrzy, to poco się wysilać?

Jak mawiał mój pewien znajomy: wszystko to gówno, za wyjątkiem moczu.
Cmentarze to także, jak zawsze, okazja do spotkań ze znajomymi[1] i lokalnego pokazu mody. Poza modą jednak[2] można się i pochwalić innymi sprawami...
Wczorajszy wieczór, cmentarz, słyszę taki dialog (jednoosobowy, może więc monolog skierowany byłby właściwszym określeniem...)
Przybiegłam na grób Zenona o 6 rano postawiłam znicze. Ale potem, po obiedzie wpadłam i zobaczyłam, że Rysiu postawił więcej. No to dokupiłam trzy i przyniosłam.

Tej pani mogę jedynie pogratulować, że tak bardzo kochała zmarłego Zenona - że aż musiała zniczy dokupić, żeby przypadkiem sobie głupi zmarły nie pomyślał, że Rysiu bardziej o nim pamięta.

W ogóle zdaje mi się, że temat śmierci jest u nas takim tematem tabu jak kiedyś był seks. O tym się nie mówi, małym dzieciom opowiada się jakieś pierdolone bajeczki jak umrze dziadziuś czy ich ulubiony zwierzaczek. Nawet jak umiera lew w "Królu Lwie" - wymyśla się jakieś głupoty, byle odepchnąć od siebie konieczność powiedzenia dziecku o śmierci. O czymś, co spotyka każdego i w gruncie rzeczy banie się jej jest bez sensu...



A niektóre groby wyglądają tak samotnie i tak pięknie w porównaniu z tymi obwieszonymi zniczami, niczym choinki...

Uwielbiam ziemne groby pokryte liśćmi listopada...

[1] Znajomi naszych zmarłych są naszymi znajomymi, czy jakoś tak. W każdym razie - łączymy unia post mortem.
[2] W pewnym wieku modą czy wyglądem nie można już się chwalić. Zostaje wówczas opowiadanie o kolejkach do lekarza, pieczenie ciasta, albo grobowe przechwałki "a wie pani, ja już od dziesięciu lat mam zarezerwowane miejsce na Powązkach".