12-08-2000

Dwoje Ludzi

Drogi Haroldzie, chcesz więc wiedzieć, co spowodowało, że nie powrócę już na me studia? Historia ta tyczy się mej wizyty w pewnym starym domostwie. Jeśli chcesz jej wysłuchać, proszę:

Możesz mi wierzyć lub nie, ale jesteś, panie, pierwszym człowiekiem, jaki zagościł w moim domu od lat. Dokładnie od dwudziestu jeden lat... Od kiedy rozstałem się z moim bratem i największym przyjacielem - Szymonem. Chcę, żebyś wiedział, jak wielką radość sprawiło mi twoje przybycie - choć zapewne przypadkowe. I choć jeszcze się nie znamy.
Tymi słowy przywitał mnie pewien stary człowiek, gdy zakołatałem do drzwi jego domu. Dom stał nieco na uboczu od drogi prowadzącej z Arkham do Bostonu, gdzie studiowałem w owych czasach medycynę. Opowiadano o nim dziwne historie, trochę też przerażające - bo czyż nie jest przerażającym, że stary człowiek przez lata całe nie opuszcza swej posiadłości (nie odwiedza nawet pobliskiego sklepu), w ogromnym domu z czasów kolonialnych nie utrzymuje żadnej służby, nocami zaś nawet najbardziej złowrogie zwierzęta omijają z daleka jego dom i ogród. Najbardziej jednak przerażał widok samego domu - cały porośnięty winem, które ciągle zdawało się być w ruchu. Nie widać było nawet skrawka okna wystającego zza roślinności. Tak przynajmniej mówili ci, co byli dość odważni by podejść dostatecznie blisko.
Miejscowi opowiadali też historie o tym, jak kiedyś (lata całe temu) pewna grupa wędrowców zaszła do tego domu, by prosić o schronienie przed straszliwą burzą, która rozpętała się nad okolicznymi wzgórzami. Podobno nigdy więcej nikt ich nie widział.

Zapraszam cię więc do mnie, w moje skromne progi. Usiądź wygodnie, zaraz podam gorącej kawy, dzień dziś chłodny. - Gospodarz tego przeraźliwego domu zaprowadził mnie do biblioteki, posadził w wygodnym fotelu i wyszedł. Ponieważ jednak nie przyszedłem tu na towarzyską pogawędkę lecz kierowany młodzieńczym pociągiem do tego, co nieznane, wstałem i zacząłem się przyglądać książkom zgromadzonym na półkach. Było ich tutaj całe mnóstwo - poczynając od traktatów filozoficznych, kronik historycznych, różnych wydań Biblii aż do akademickich podręczników medycyny. Powiem szczerze, że te, które tam ujrzałem, musiały już mieć sporo lat i z pewnością nie zdałbym egzaminów korzystając z nich, ale mój straszliwy gospodarz musiał ich mieć więcej, jak to wynikło z naszej późniejszej rozmowy.

Widzę, że zaciekawiła cię moja, niecodzienna nieco, kolekcja książek. Mimo, że okoliczni mają mnie za dziwaka, jestem człowiekiem w miarę wykształconym. W każdym razie kiedyś, dawno temu, było o mnie głośno, choć ty już zapewne nie słyszałeś o mnie. Myślę, że moi koledzy woleli ukryć wszystkie informacje o mnie.

Pytasz, kim w taki razie jestem? Usiądź, napij się kawy i wysłuchaj w takim razie mojej historii. Zaczyna się ona dość prozaicznie - urodziłem się w Anglii, w hrabstwie Kent. Moja rodzina tytuł szlachecki posiadała od kiedy tylko mogą wspominać o tym kroniki - a zgromadziłem ich tutaj dużo, nieprawdaż? Miałem czterech braci, dwóch starszych jednak zginęło w Afryce na wojnie. Pomarli z powodu odniesionych ran i zarazili się tamtejszymi chorobami. Wtedy to podjąłem decyzję o mojej przyszłej drodze życiowej.

Nie niecierpliw się, wszystkiego dowiesz się w swoim czasie, panie. Jak mówiłem, właśnie z powodu tyleż przedwczesnej co i tragicznej śmierci moich braci podjąłem decyzję, która zmieniła moje życie, a mogłaby jeszcze zmienić i obraz całego świata, gdyby nie moi nieodpowiedzialni, konserwatywni koledzy z Uniwersytetu w Arkham. Nie mogli pojąć, że przełomowe teorie naukowe wymagają potwierdzenia doświadczalnego, nie mogli nawet pogodzić się z podstawami mojej teorii.

Ale - po kolei. Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie, nie dopytuj się więc i nie niecierpliw. Wracając do mojego dzieciństwa - byłem człowiekiem mocno religijnym, związałem się silnie z Kościołem Anglikańskim. Mój o dwa lata młodszy brat - Szymon, chciał nawet zostać pastorem... On - pastorem. Obaj studiowaliśmy pilnie Pismo, zastanawialiśmy się dokładnie nad niektórymi tajemnicami, które zdaniem naszych nauczycieli należało pozostawić nietknięte.

Kierowany tragiczną śmiercią moich dwóch starszych braci, poświęciłem swe życie medycynie. Zamiarem moim było ratować istnienia ludzkie, a może nawet doprowadzić do tego, aby nikt już nigdy nie musiał umierać... Ale uniemożliwiono mi to w końcu, choć sprawdzenie mojej teorii mogłoby dać takie możliwości. Ponieważ nie zajmowali mnie w dzieciństwie rówieśnicy i ich głupie zabawy w wojnę, dużo czytałem i dzieciństwo swe poświęciłem nauce. Dlatego też na Uniwersytecie Londyńskim nauka szła mi dobrze. Dostałem możliwość wyjechania na stypendium do Nowej Anglii, na co przystałem. W tym samym roku mój młodszy brat dostał się na studia fizyczne na Uniwersytecie w Arkham - zapewne wiesz, o którym mówię. Wieczory zajmowały nam więc pogawędki, jako że zawsze uwielbialiśmy spędzać razem czas. On opowiadał mi najczęściej o różnych zwariowanych teoriach w fizyce. Nigdy tej biegłości nie pojmowałem, ale wyłapałem z jego wykładów kilka wniosków, które następnie zaowocowały stworzeniem mojej teorii.

Gdy skończyłem studia, postanowiłem poświęcić się pracy naukowej. Wtedy już na dnie duszy kołatała się myśl, która wykiełkowała dwa lata później - gdy mój brat Szymon został asystentem na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Miskatonic. Nie kręć się tak na tym fotelu - jeśli chcesz jeszcze kawy, przyrządzę ci. Sam też zresztą z chęcią zwilżę gardło. Zaraz ci wytłumaczę, czym ta przełomowa w dziejach ludzkości teoria była.

Natchniony przez wykłady mojego brata z dziedziny nauk takich, jak fizyka, matematyka i chemia, moje studia medyczne a także moje poprzednie zainteresowania religijne (o których ci już chyba wspomniałem) zacząłem się zastanawiać nad istotą życia ludzkiego jak i życia w ogóle. Myślałem, czy życie da się sprowadzić w swej zawiłości tylko do zespołu reakcji chemicznych?

Proszę, panie, napij się jeszcze kawy.

Doszliśmy, razem z moim bratem Szymonem do wniosku, że nie da się opisać samymi reakcjami chemicznymi faktu życia. Tak więc musi istnieć jakaś nie-wykryta dotąd siła życiowa, która jest tą przyczyną sprawczą. Po długich latach spędzonych na badaniach rozmaitych tekstów religijnych różnych kultur, a także ustnych przekazów kultur pierwotnych, doszedłem do wniosku, że ową siłą jest to, co powszechnie nazywamy duszą. Tchnienie, które według Biblii, dane zostało ludziom od Boga. Nie jednak stwierdzenie konieczności istnienia duszy dla procesu życia było treścią naszej teorii. W swej bluźnierczej wręcz wierze we własne możliwości postanowiliśmy wykryć, gdzie to "coś", dusza, spoczywa w człowieku, czy też innej istocie. Wiarę bowiem w możliwość wykrycia tego opieraliśmy na zdaniu zapostulowanym przez mojego brata, Szymona, iż jeśli dusza istnieje w stanie spoczynkowym w człowieku, musi mieć masę.

Proszę, pójdź teraz za mną. Zobaczysz coś, czego od dawna niczyje prócz moich oczy nie widziały. - To mówiąc mój gospodarz wskazał mi drzwi na końcu korytarza i otworzył je pokaźnych rozmiarów kluczem. Przekręcany zamek nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, tym bardziej przerażające było skrzypnięcie, które rozległo się przy otwieraniu tych dębowych, okutych drzwi. Za nimi, wśród całkowitej ciemności, ujrzałem pierwsze stopnie schodów prowadzących w dół - zapewne do piwnicy. - To tutaj wraz z moim bratem przeprowadzaliśmy wszystkie nasze doświadczenia. - Rzekł mój przewodnik zapalając zawieszoną na ścianie świecę, po czym zamknął z głośnym skrzypnięciem drzwi. Wydało mi się też, że przekręcił klucz w zamku, ale odrzuciłem ten pomysł jako niedorzeczny.

Po kilkunastu krokach stanęliśmy w pokoju piwnicznym, który po chwili rozbłysł światłem elektrycznym. Z moich ust wyrwał się okrzyk zdumienia. Na środku sali stało ogromne urządzenie, kształtem swym nie wyjaśniające w żaden sposób swego zastosowania. Mniej więcej w połowie wysokości znajdowała się szeroka półka, czy też raczej blaszany blat, w regularnych odstępach podziurawiony. Poniżej i powyżej niego z szerokiego, sześciokątnego słupa sięgającego niemal do samego pułapu, wyrastały niezliczone rurki i przewody elektryczne, niczym macki okropnego, prehistorycznego monstrum. Cała zaś powierzchnia owego słupa, zdającego się kryć w swym wnętrzu serce maszyny, usiana była różnorodnymi miernikami, lampkami oraz przestawnymi dźwigniami i pokrętłami.

W owym "blacie" rozpoznałem jakąś dziwną replikę stołu prosektoryjnego, otwory w jego powierzchni miały chyba zapewnić odpływ krwi i innych płynów ustrojowych z krojonego na kawałki ciała denata. Stół jednak był całkiem czysty. Gdy zdołałem oderwać wzrok od urzekająco przerażającej machiny o nieznanym zastosowaniu, spojrzałem nieco dalej, w kąt pomieszczenia. Znajdowało się tam pokaźnych rozmiarów biurko, obok niego stała szafa, której półki aż uginały się pod ciężarem starych i grubych ksiąg. Na biurku zauważyłem kilka leżących w nieładzie kartek papieru. Nogi same mnie poniosły w jego kierunku, lecz w tym momencie mój gospodarz wznowił swą opowieść, jednym spojrzeniem przenikliwych oczu zatrzymując mnie na miejscu.
Tak więc, jak już wspomniałem, zechcieliśmy zapostulować, że dusza istnieje, we wszystkich żywych stworzeniach, jest ona bowiem wyróżnikiem istoty żywej spośród świata nieożywionego. Do tego, jak powiedzieliśmy, dusza istniejąca musi mieć masę. Musi mieć masę... zapamiętaj to sobie - to jest bardzo ważne. Tak więc pozostało nam tylko ją wykryć. - Stary człowiek zachichotał. Nie mogę tego nazwać śmiechem, gdyż był to dźwięk, po usłyszeniu którego poczułem się, jakby mi całe ciało naraz odeszło od kości. Pierwszy raz słyszałem jego śmiejącego się - i, na Boga, mam nadzieję, że środki przedsięwzięte przeze mnie okazały się wystarczające, aby nikt nigdy nie musiał już go słyszeć...

Po chwili, ucichłszy, kontynuował: Mój brat szesnaście miesięcy spędził nad maszyną, która mogłaby na to pozwolić. Musiało to być sprytne połączenie wagi i urządzenia służącego do pozbawiania życia nasze obiekty doświadczalne - zwierzęta, oczywiście. Ja przez ten czas starałem się opracować odpowiednie metody zakończenia życia. Musiały one spełniać szereg warunków - że choćby wymienię ten, który nie pozwalał na konwulsje. Waga musiała być bowiem bardzo czuła, zaś spodziewaliśmy się, że ciężar duszy będzie na tyle niewielki, że jakiekolwiek zakłócenia uniemożliwią nam rzetelny, dokładny i odpowiednio czuły pomiar.

Po szesnastu miesiącach brat mój zbudował ostatecznie swoją wagę, którą w pamiętnikach nazwaliśmy wagą Szymona. Ja przez ten czas wpadłem na bardzo prosty pomysł: należało przed rozpoczęciem uśmiercania naszego obiektu wstrzyknąć mu do żył ten oto roztwór - pokazał strzykawkę napełnioną pewnym zielonym płynem - który wywołuje całkowity paraliż wszystkich części ciała nie pozwalając nawet na konwulsje. Uśmiercenia zaś samego dokonywaliśmy przy użyciu prądu elektrycznego.

Pierwsze doświadczenia przeprowadziliśmy na małych zwierzętach: chomikach i królikach. Po kilku nieudanych próbach w końcu odkryliśmy małe wahania ciężaru zdychającego zwierzęcia. TO było chyba TO!
Zaraz jednak mój brat, Szymon, wykonał jakieś obliczenia (nie pytaj o ich naturę) i powiedział, że musimy odwrócić nasze zwierzątka grzbietem do góry. Zrobiliśmy tak. Wahania masy były mniejsze i jakby bardziej stabilne. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że dusza uchodzi z tych zwierząt od tyłu. Późniejsze badania pozwoliły nam na oznaczenie tego miejsca jako punktu, w którym szyja łączy się z plecami.
Przez następne miesiące i lata staraliśmy się udoskonalić naszą metodę. Eksperymentowaliśmy z coraz to większymi zwierzętami, by w końcu dojść do koni, na których przeprowadziliśmy główną część naszych doświadczeń. Brat mój powiedział, że jeśli w chwili śmierci dusza opuszcza zwierzę, można by zobaczyć, czy da się ją w jakiś sposób przekazać innemu zwierzęciu. Wznowiliśmy nasze badania, wtedy też odkryliśmy miejsce, z którego uchodzi dusza. Półtora roku zajęły nam te eksperymenty. Każdy normalny człowiek z pewnością zniechęciłby się do nich, lecz mój brat nie był wtedy normalny. Łączyliśmy dwa obiekty doświadczalne za pomocą systemu przewodów, rurek i przekaźników impulsów elektrycznych. Uśmiercaliśmy jedno z nich i obserwowaliśmy, czy drugie wykazuje nagły przypływ sił witalnych. Ponawialiśmy eksperymenty na różnych gatunkach. Po raz pierwszy efekt zaobserwowaliśmy na szczurach - kiedy to udało się nam utrzymać przy życiu niemal już zdechłego, starego samca. Odkryliśmy jednocześnie, że przekazanie sił życiowych od jakiegoś zwierzęcia osobnikowi innego gatunku powoduje jego natychmiastową śmierć. Nie da się więc przekazywać w ten sposób życiowej energii ludziom. - Mój gospodarz zamilkł, odwrócił się do mnie plecami i zaczął ponownie ze straszliwym chichotem wpatrywać się w swoją wagę.

Podszedłem do stojącego pod ścianą biurka i spojrzałem na papiery, które od pierwszej chwili przyciągały mój wzrok. Gdy tak na nie patrzyłem, w pierwszej chwili nie mogłem wydobyć głosu z gardła. To, co tam zobaczyłem, wydało mi się zbyt okropne, aby mogło powstać w ludzkiej głowie. Po chwili jednak z mych trzewi wydarł się głos, ni to krzyk, ni śmiech.

Pytasz mnie, co ujrzałem na tych kartkach papieru. Ach, drogi
Haroldzie, wiesz, że już nie wrócę na moje studia medyczne? Pewnie zajmę się tajemnicą życia i śmierci... Czy nie zauważyłeś, drogi przyjacielu, że przeżyte chwile jakby mnie odmłodziły? Haroldzie, na tych kartkach papieru był rysunek dwóch ludzi, z zaznaczonymi miejscami, z których uchodzi dusza i gdzie ją trzeba podać. Muszę przyznać, że mój stary gospodarz miał w sobie jeszcze całkiem sporo życia - w końcu część pochodziła od jego dawno martwego brata - w tym przyznam mu pierwszeństwo.